Czas na scenariusz bałtycki?
strona główna

Teksty. Z perspektywy Tybetańczyków

 

Czas na scenariusz bałtycki?

Tenzing Sonam

 

Z wielu względów rok 2008 zapisze się w annałach najnowszej historii Tybetu jako przełomowy. Po czterdziestu dziewięciu latach okupacji Tybetańczycy pokazali jasno, i głośno, że nie są szczęśliwi pod chińskimi rządami. W politykę weszło nowe pokolenie, i to z całego spektrum społecznego - od mnichów i koczowników po chłopów i uczniów, a ruch tybetański nabrał charakteru narodowego, powszechnego, w sposób bezprecedensowy jednocząc mieszkańców wszystkich trzech tradycyjnych prowincji. W tym wreszcie roku o mur nieprzejednanej nieustępliwości Pekinu roztrzaskała się głoszona przez Dalajlamę polityka Drogi Środka - czyli rezygnacja z dążenia do niepodległości w zamian za prawdziwą autonomię - którą cierpliwie i niewzruszenie kroczono od końca lat osiemdziesiątych. Po dwunastu miesiącach od wybuchu masowych antychińskich protestów i sześciu od „nadzwyczajnego zgromadzenia" w Dharamsali, na którym miano rozmawiać o nowych opcjach ruchu tybetańskiego, czas najwyższy spojrzeć w oczy przykrej rzeczywistości.

 

Po latach wodzenia Dharamsali za nos opłotkami obietnic negocjacji, Pekin ostentacyjnie, bezceremonialnie wyciągnął dywan spod stóp wysłanników Dalajlamy, kategorycznie odrzucając Drogę Środka i jej formalną emanację, „Memorandum w sprawie autonomii narodu tybetańskiego". To nie wszystko - chińscy urzędnicy zakwestionowali nawet prawo Dalajlamy do reprezentowania narodu tybetańskiego. Zhu Weiqun, wiceminister Departamentu Pracy Frontu Jedności, 12 listopada dodatkowo oskarżył Tybetańczyków o dążenie do „półniepodległości" lub „niepodległości zakamuflowanej". „Rozmawialiśmy z panem Lodim Gjari (specjalnym wysłannikiem) i jego grupą - dodał jeszcze - tylko dlatego, że byli oni prywatnymi przedstawicielami Dalajlamy. Mówiliśmy jedynie o tym, że powinien on całkowicie wycofać się z separatystycznych poglądów i poczynań, zabiegając o zrozumienie rządu centralnego i wszystkich Chińczyków w celu rozstrzygnięcia kwestii jego własnych perspektyw. Nigdy nie dyskutowaliśmy o tak zwanym problemie Tybetu".

 

To zasadniczy zwrot. Niezależnie od tego, jak wyglądały te poufne rozmowy - wysłannicy Dalajlamy nieodmiennie próbowali przekonać obserwatorów, że mają one poważny charakter i są wstępem do prawdziwych negocjacji - Chińczycy nie mieli żadnych skrupułów, publicznie depcąc cały ten proces jednym upokarzającym gestem. Historia przyznała więc rację tym, którzy od początku ostrzegali, że Pekin nawet nie myśli o rozmowach, grając po prostu na czas, ale nawet ich musiała zaskoczyć decyzja Chin o bezceremonialnym zerwaniu z udawaniem dialogu natychmiast po zakończeniu igrzysk olimpijskich.

 

Nie ulega wątpliwości, że Pekin dojrzał do nowej strategii rozwiązania problemu Tybetu, w której nie ma miejsca dla Dalajlamy. Na krótką metę zakłada ona kontynuowanie kampanii dyskredytowania i marginalizowania go na arenie międzynarodowej oraz brutalne dławienie wszelkich głosów sprzeciwu na Płaskowyżu choćby najbardziej drakońskimi środkami. Chiny mogą to robić bezkarnie, ponieważ nie ma nikogo, kto powiedziałby im, że powinny przestać. Międzynarodowy kryzys gospodarczy uczynił z nich jeszcze silniejszego gracza, który może dyktować Zachodowi warunki w sposób niewyobrażalny ledwie przed rokiem. Pekin nie zamierza słuchać zagranicznych pouczeń o prawach człowieka, a demokratyczne rządy nie mają czym poprzeć swoich racji.

 

Chińscy urzędnicy doskonale wiedzą o głębokim niezadowoleniu Tybetańczyków, są jednak przekonani, że problem ten z czasem zniknie - zwłaszcza gdy zabraknie Dalajlamy i jego inspiracji. Nie ulega wątpliwości, że rząd jest gotów na to poczekać. Co ciekawe, Pekin - agresywnie propagując swoją wizję Tybetu - najwyraźniej postanowił rzucić też wyzwanie wpływom Dalajlamy na arenie międzynarodowej, kwestionując wersję lansowaną przez tybetańską diasporę, a przynajmniej próbując przedstawiać problem w mniej czarno-białych kategoriach.

 

Weźmy choćby opublikowaną przez Hindustan Times 9 kwietnia 2009 roku, pełną zdjęć i statystyk, ukazujących barbarzyństwo i zacofanie dawnego Tybetu tudzież społeczne i gospodarcze błogosławieństwa współczesności, ośmiostronicową wkładkę „Chiński Tybet: przeszłość i teraźniejszość". Nie ma w niej nawet wzmianki o Dalajlamie ani ostatniej fali niepokojów, które Pekin postanowił przedstawiać jako rezultat działań garstki prowokatorów, jest za to bardzo wiele o modernizacji, dostatku i szczęściu, jakie chińskie rządy przyniosły ciężko doświadczonym przez los, dozgonnie wdzięcznym Tybetańczykom. Jeśli ktoś nie widział - przekonująca, mocna rzecz.

 

Inny przykład: ogłoszone w tym roku i przypadające 28 marca święto „wyzwolonych niewolników", pomyślane niewątpliwie jako przeciwwaga dla 10 marca, rocznicy wybuchu powstania tybetańskiego, będącej cierniem dla prób legitymizowania chińskich rządów w Tybecie. Ludziom, którzy coś wiedzą, takie posunięcie może wydawać się prostackie i prowokacyjne, ale Pekin nie dba o nich, tylko o przytłaczającą większość populacji świata, nie mającą pojęcia o sytuacji w Tybecie. Co innego mogło przyświecać decyzji o opublikowaniu osiemastostronicowego dodatku „Pięćdziesięciolecie demokratycznej reformy w Tybecie" w, nie zgadniecie, głównym dzienniku w Republice Malawi? Bez wątpienia nowa kampania propagandowa Pekinu przyniesie znacznie więcej takich publikacji na całym świcie.

 

Rozdygotana Dharamsala

 

Jak odpowiada na tę ofensywę tybetański rząd na wychodźstwie? Jeśli nie podejmie walki o odzyskanie terenu i nie da ruchowi świeżej krwi nowych pomysłów, ryzykuje przecież rozmyciem i zepchnięciem na margines kwestii Tybetu. Jednak reakcji Dharamsali na wydarzenia w kraju i fiasko rozmów z Chinami z pewnością nie można uznać za przekonującą. Sprowadza się ona do dowodzenia coraz mniej istotnej moralnej wyższości i upartego przekonywania, że Droga Środka i wyrastające z niej Memorandum pozostają jedynym sposobem rozwiązania problemu.

 

Na początku roku kaszag, emigracyjny gabinet, przedstawił dwie kluczowe strategie: promowania i tłumaczenia Memorandum rodakom i społeczności międzynarodowej oraz wyciągania ręki do zwykłych obywateli Chin. Odpowiedź na odrzucenie przez Pekin Drogi Środka sprowadzała się do tego: „Cała odpowiedzialność za przyszły status naszego dialogu, niezależnie od tego, jaką przybierze on formę, spoczywa na chińskich przywódcach. Strona tybetańska przedstawiła już wszystkie potrzebne wyjaśnienia i doprowadziła rozpoczęty w 2002 roku proces rozmów do logicznej konkluzji". Tylko co to właściwie znaczy? Że w nieprzewidywalnej, wyjątkowo napiętej sytuacji politycznej, Dharamsala, niezależnie od okoliczności, nie zmieni na jotę stanowiska? Agencja Reuters cytowała niedawno innego wysłannika, Kelsanga Gjalcena, który miał powiedzieć: „O ile rząd Chin okaże jakąkolwiek wolę i powagę, piłka jest na jego połowie". Tę sportową metaforę powtórzył potem emigracyjny premier Samdong Rinpocze, malując nam obraz dwóch równych graczy pochłoniętych grą w tenisa. Tyle że Chiny dawno zapomniały i o piłce, i o korcie.

 

Zdumiewająco pasywną i moralizatorską reakcję Dharamsali na rzuconą przez Chiny rękawicę jeszcze dosadniej ilustruje wypowiedź Samdonga Rinpocze z połowy marca: „Jeżeli obecni przywódcy nie chcą przypisać sobie zasługi za rozwiązanie problemu Tybetu, zrobią to następni". Zdaje się to sugerować, że rząd emigracyjny wyświadczył Pekinowi przysługę, dając mu szansę przyjęcia swojej propozycji, i że jeśli ten przegapi okazję, sam na tym straci. Ale najbardziej tajemniczy z zagadkowych sygnałów dał premier, oświadczając: „Jeśli idzie o nas, jesteśmy gotowi na kolejne sto lat walki. Mamy inspirację, więc nie żywimy żadnych obaw".

 

Tę ostatnią wypowiedź wypada przeczytać przez pryzmat pierwotnych podwalin polityki Drogi Środka, którą od początku sprzedawano Tybetańczykom na podstawie argumentów o tak rozpaczliwej sytuacji w kraju, że zagrażającej dalszemu trwaniu naszej kultury i narodu. Aby zapobiec tej katastrofie, Tybetańczycy musieli porzucić marzenie o niepodległości, by zacząć prawdziwe negocjacje z Chinami. Potem Dalajlama wielokrotnie mówił o „wyroku śmierci na Tybet", „kulturobójstwie" i groźbie rychłego zniknięcia Tybetu, jeśli sytuacja nie ulegnie poprawie. „Jeżeli problem nie zostanie rozwiązany polubownie w ciągu pięciu, dziesięciu lat, w Tybecie nie będzie już Tybetu. Stanie się on krajem bez Tybetańczyków. Może należeć do Hanów czy jakiejś innej mniejszości, lecz Tybetańczycy znikną w morzu obcych. To bardzo realne, palące zagrożenie, ale co możemy zrobić?".

 

Idea Drogi Środka sprowadzała się więc do dającego szansę na zachowanie kultury i tożsamości kompromisu, który jakoby mogłyby zaakceptować Chiny. „Nie zabiegamy o niepodległość - tłumaczył chińskim dziennikarzom w kwietniu 2008 roku w Seattle Dalajlama. - Z wielką radością zostaniemy w granicach Chińskiej Republiki Ludowej. Idzie nam o ochronę tybetańskiej kultury, buddyzmu tybetańskiego i środowiska naturalnego". Jeżeli jednak, jak zdaje się sugerować Samdong Rinpocze, tak nie jest i walka może spokojnie trwać jeszcze i sto lat, na usta ciśnie się proste pytanie: Po co Tybetańczycy mieliby poświęcić cały wiek zabieganiu o autonomię, skoro równie dobrze można by zadedykować go celowi, w który naprawdę wierzą - niepodległości?

 

Dharamsala tłumaczy trwanie przy Drodze Środka demokratycznym mandatem i nową legitymacją poparcia ze zwołanego przez Dalajlamę listopadowego specjalnego zgromadzenia. Trudno się dziwić, że delegaci, reprezentujący przekrój diaspory, gremialnie potwierdzili swą wiarę w przywództwo Dalajlamy i, w większości, Drogę Środka. Tyle że każdy, kto wie cokolwiek o społeczeństwie tybetańskim, rozumie, że szło tu o tego pierwszego, a nie tę drugą. Gdyby jutro Dalajlama oświadczył nagle, że nie widzi żadnych perspektyw dla Drogi Środka i opowiada się za niepodległością, czy choćby jeden Tybetańczyk stanąłby z nim w szranki w obronie poprzedniej strategii? Duchowe oddanie dla Dalajlamy jest po prostu w stanie przyćmić choćby cień politycznego realizmu jego rodaków.

 

Prawdę powiedziawszy, znacznie ważniejszym rezultatem specjalnego zgromadzenia jest uzależnienie poparcia dla Drogi Środka od szybkich, wymiernych rezultatów rozmów: jeśli ich nie będzie, rozważyć należy inne opcje, włącznie z niepodległością. Ciekawe, że rząd emigracyjny nigdy się o tym nawet nie zająknął, powtarzając tylko zaklęcia o powszechnym poparciu strategii Drogi Środka. Skąd ta niechęć do dyskusji o nowych możliwościach, skoro, co widzi każdy, uprawiana dziś polityka spaliła na panewce? Co można zyskać trwaniem przy starym poza usiłowaniem dowodzenia przewagi moralnej?

 

Droga Środka jest w końcu tylko strategią polityczną, która w dodatku nie przyniosła żadnych wymiernych rezultatów. Po co więc promować ją z dogmatycznym zapałem przystającym bardziej niezmiennej, niekwestionowanej doktrynie religijnej? W gruncie rzeczy obstawanie przez kaszag przy „demokratycznym mandacie" Drogi Środka jest i obłudne, i - na dłuższą metę - niebezpieczne. Nie ma absolutnie żadnej pewności, że ktokolwiek opowie się za tym rozwiązaniem i autonomią, gdy zabraknie Dalajlamy.

 

Archetyp bałtycki

 

Tymczasem sytuacja w Tybecie jest doprawdy tragiczna. W rok po pacyfikacji marcowych i kwietniowych protestów można by twierdzić, że wiosenne powstanie, które było nam tak wielką inspiracją i zdawało się nieść tyle nadziei, zakończyło się klęską. Ofiara tysięcy Tybetańczyków, którzy ryzykowali życiem, przyniosła jedynie krótką chwilę zainteresowania światowych mediów.

 

To jednak nie wszystko. Długofalowe konsekwencje demonstracji mogą okazać się znacznie poważniejsze, niż ktokolwiek sądzi, i długo prześladować chińskich przywódców. Niech świadczą o tym słowa jednego z trzech młodych Tybetańczyków, którzy we wrześniu zeszłego roku dodzwonili się do Dolkar, dziennikarki tybetańskiego serwisu Radia Wolna Azja: „Powstania z 1989 i 1959 roku to z naszej perspektywy historia, zamierzchła przeszłość, ale ten zryw i prześladowania dzieją się na naszych oczach. Przypomniano nam o przeszłości, przebudzono. Jeszcze niedawno ludzie byli zrezygnowani, bali się kiwnąć palcem. Marcowe demonstracje, które zjednoczyły ludzi ponad wszelkimi podziałami, przypomniały nam, że brzemię walki o prawdę i wolność nie spoczywa na barkach jednej czy dwóch osób. Nie tylko Jego Świątobliwości i diasporze, nie na wykształconych, lecz na nas wszystkich. Nikt nie ma co do tego wątpliwości".

 

I w tym właśnie może leżeć siła ostatnich protestów, która sprawi, że nie pójdą one na marne. W Tybecie narodziło się nowe pokolenie działaczy, dla których walka dopiero się zaczyna. Ta nowa wiara i poświęcenie wymagają od tybetańskiego rządu na wychodźstwie spójnej i inspirującej polityki, gwarantującej utrzymanie przy życiu naszego ruchu, póki nie osiągnie on swych celów. Nic nie wskazuje na to, by zadaniu temu mogło sprostać kurczowe trzymanie się idei Drogi Środka.

 

Biorąc pod uwagę nową strategię Pekinu, który próbuje zneutralizować problem Tybetu na arenie międzynarodowej, jedyną sensowną, skuteczną opcją dla Dharamsali wydaje się, jak ujął to jeden z najbardziej doświadczonych obserwatorów, „scenariusz bałtycki". Wymagać on będzie zmiany celu - na niepodległość. Bombardowania społeczności międzynarodowej argumentami na jej rzecz, czy to historycznymi, czy to wyrastającymi z prawa do samostanowienia. Z pełną świadomością, że w najbliższym czasie nie przyniesie to żadnych rezultatów poza utrzymaniem przy życiu ducha tybetańskiej państwowości, niemniej pomoże w zbudowaniu silnego, prawdziwie demokratycznego rządu na wychodźstwie, który przygotuje Tybetańczyków na przyszłość bez Dalajlamy, przesuwając środek ciężkości naszej walki z jego osoby (a więc i zapobiegając dezintegracji, gdy go zabraknie).

 

Tchnie to nowego ducha w ruch tybetański i zjednoczy go, czyniąc zeń źródło nadziei i inspiracji dla rodaków w kraju. A gdy Komunistyczna Partia Chin straci władzę, pomoże w przygotowaniu gruntu do prawdziwych negocjacji i perspektywy niepodległości bądź autonomii w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Państwa bałtyckie potrzebowały na odzyskanie suwerenności siedemdziesięciu lat. Tybet ma dziś do niej takie samo prawo i równie żywą nadzieję. Jeśli Samdong Rinpocze mówi poważnie o perspektywie stu lat tybetańskiej walki, może to być jego jedyna opcja.

 

8 maja 2009

 

 

Tenzing Sonam urodził się w Indiach; jest najbardziej znanym tybetańskim reżyserem i producentem filmowym (m.in. „Dreaming Lhasa").