Tybet w 2008 roku
strona główna

Helsińska Fundacja Praw Człowieka

1-01-2009

 

Tybet w 2008 roku

 

Słowo „Tybet" (tyb. bod) odnosi się tu do płaskowyżu nazywanego obecnie „Tybetańskim Regionem Autonomicznym" (TRA) oraz do części sąsiadujących z nim prowincji Chin - Qinghai, Sichuanu, Gansu i Yunnanu. Ziemie te są dla zamieszkujących je od wieków Tybetańczyków Czolka-Sum (tyb. mchol-kha-gsum), „trzema prowincjami" (U-Cang, Kham i Amdo). W ten sposób definiuje się Tybet „etnograficzny", odpowiadający „Pięciu [tybetańskim] Obszarom i Regionom Autonomicznym" (chiń. wu shen qu, tyb. zhin-chen dang rang-skyong-ljongs lnga), które w 1951 roku przyłączono do Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL). Władze chińskie określają terminem „Tybet" (chiń. xizang, dosł. „zachodni skarbiec") wyłącznie TRA, stanowiący trzecią, centralną część Tybetu etnograficznego.

 

 

Wprowadzenie

 

Status „dawnego" Tybetu bywa przedmiotem (głównie ideologicznych) dysput i polemik, nie ulega jednak wątpliwości, że w latach 1913-50 kraj ten, w środkowo-zachodniej części, spełniał wszystkie warunki państwowości uznawane przez prawo międzynarodowe: posiadał naród, terytorium oraz niezależny od obcych władz rząd, który sprawował na owych ziemiach władzę wewnętrzną, utrzymywał stosunki i zawierał traktaty z innymi państwami, bił własną monetę itd.

 

Po proklamowaniu Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 roku przewodniczący Mao Zedong zapowiedział „wyzwolenie" terenów, które Pekin uznawał za strefę swoich wpływów, powołując się na czasy mongolskiej dynastii Yuan i mandżurskich Qingów. W październiku 1950 roku oddziały Armii Ludowo-Wyzwoleńczej (AL-W) szybko rozbiły nieliczne i źle uzbrojone wojska tybetańskie. Siedem miesięcy później Tybetowi narzucono siedemnastopunktową „Ugodę w sprawie pokojowego wyzwolenia" - w gruncie rzeczy pierwowzór przyznanego później Hongkongowi modelu „jeden kraj, dwa systemy" - która zmuszała Lhasę do „powrotu do rodziny macierzy" i „udzielania aktywnej pomocy" AL-W, gwarantując Tybetańczykom miedzy innymi „autonomię regionalną", poszanowanie „wierzeń, tradycji i obyczajów", „ochronę klasztorów" tudzież zachowanie „istniejącego systemu politycznego", „ustalonego statusu, funkcji oraz uprawnień" Dalajlamy, Panczenlamy i urzędników „różnych szczebli". Traktat dotyczył tylko Tybetu centralnego (w latach 1950-54 pozostałe ziemie tybetańskie formalnie przyłączono do chińskich prowincji Qinghai, Sichuan, Gansu i Yunnan). Strona chińska, którą w tym czasie reprezentowały wyłącznie struktury wojskowe, zaczęła natychmiast łamać jego postanowienia, systematycznie ograniczając władzę i uprawnienia tybetańskiego „rządu lokalnego".

 

Mieszkańcy Khamu i Amdo - prowincji, których Ugoda nie tyczyła - chwycili za broń już na początku lat pięćdziesiątych w odpowiedzi na prześladowania towarzyszące wprowadzaniu komunistycznych „reform demokratycznych" w północnej i wschodniej części kraju. Krwawe represje zmusiły do ucieczki tysiące osób, potęgując antychińskie nastroje w Tybecie centralnym, gdzie początkowo Pekin prowadził bardziej umiarkowaną politykę. 10 marca 1959 roku mieszkańcy stolicy, obawiając się, że chińscy żołnierze uprowadzą Dalajlamę - politycznego i duchowego przywódcę Krainy Śniegu - otoczyli jego rezydencję. Zgromadzenie przerodziło się w falę niepodległościowych demonstracji, te zaś - w powstanie. Kiedy stało się jasne, że nie ma już żadnych szans na rozmowy i negocjacje, Dalajlama zdołał opuścić Lhasę i dotrzeć do Indii. W jego ślady poszło ponad 80 tysięcy Tybetańczyków.

 

Powstanie zostało utopione we krwi. Ze zdobytych przez tybetańskich bojowników tajnych dokumentów AL-W wynika, że w samej Lhasie i jej okolicach „zlikwidowano" 87 tysięcy Tybetańczyków. Wyobrażenie o skali represji daje dopiero zestawienie z innymi liczbami: w stolicy Tybetu mieszkało w tym czasie jakieś 30 tysięcy osób, a w pobliskich klasztorach żyło drugie tyle mnichów; wokół „Miasta Bogów" koczowały również tysiące uciekinierów ze wschodniej części kraju. Jednocześnie całe Chiny przeżywały tragedię kampanii „wielkiego skoku" i „wojny z czterema szkodnikami". Szaleństwa Mao, któremu marzyło się błyskawiczne uprzemysłowienie przy pomocy „generała żelazo" z przydomowych dymarek i gigantyczne oszczędności ziarna, kosztowały życie ponad 30 milionów obywateli ChRL.

 

Po stłumieniu powstania władze chińskie przystąpiły do tworzenia „spółdzielni", a następnie „komun", odbierając ziemię świeżo uwłaszczonym chłopom oraz niszcząc pozostałości tradycyjnych struktur politycznych i społecznych. Wtrącano do więzień przedstawicieli „starego" systemu i „kontrrewolucjonistów" - hierarchów i duchownych, arystokratów, przywódców klanów, urzędników państwowych itd. - oraz ich „agentów". Na thamzingach, wiecach walki klasowej, podczas których zmuszano najbliższych, często uczniów i dzieci, do publicznego lżenia i torturowania nauczycieli, sąsiadów i krewnych, zamęczono na śmierć niemal sto tysięcy Tybetańczyków.

Natychmiast po dotarciu do Indii Dalajlama powołał rząd emigracyjny, którego głównymi zadaniami było organizowanie pomocy dla uchodźców, zabieganie o wsparcie społeczności międzynarodowej i demokratyzacja archaicznych struktur politycznych. Do końca lat siedemdziesiątych celem nadrzędnym pozostawał powrót do niepodległego Tybetu.

 

Po pierwszym, najtrudniejszym okresie, kiedy wyczerpanych, pozbawionych środków do życia uciekinierów dziesiątkowały choroby tropikalne i głód, diaspora zorganizowała prężne osiedla w Indiach i w Nepalu. Na wygnaniu odtworzono najważniejsze instytucje monastyczne, dzięki którym udało się ocalić dziedzictwo kultury tybetańskiej; powstały też szkoły, uniwersytety, szpitale, wioski dziecięce, warsztaty, osady rolnicze i wreszcie sprawne organizacje pozarządowe. Dalajlama konsekwentnie ograniczał swoje „buddokratyczne" prerogatywy polityczne, przekazując je nowo powoływanym instytucjom demokratycznym. Uciekinierzy z Tybetu wybierają dziś parlament i - bezpośrednio - premiera oraz uchodzą za jedną z najlepiej zorganizowanych społeczności na wychodźstwie. (Poziom wykształcenia, opieka zdrowotna, stopa życiowa, wolność intelektualna i mechanizmy demokratyczne diaspory stanowią najbardziej wymowny kontrapunkt kolonialnych rządów Pekinu w pełnym analfabetów, prostytutek i żebraków najsłabiej rozwiniętym regionie ChRL, jakim wciąż pozostają ziemie tybetańskie.)

 

Znacznie gorzej wiodło się jednak Tybetańczykom na arenie międzynarodowej. Choć w latach 1959-65 Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych przyjęło trzy rezolucje, wzywające Chiny do przestrzegania ich praw - w tym prawa do samostanowienia - nie uczyniono nic, by je zrealizować. Sprawa Tybetu odeszła w polityczny niebyt w 1971 roku po zajęciu przez ChRL miejsca Republiki Chińskiej (Tajwanu) w ONZ. Trzy lata później po dramatycznym apelu Dalajlamy złożyli broń wspierani potajemnie, acz symbolicznie, przez amerykańską Centralną Agencję Wywiadowczą partyzanci, którzy nękali wojska chińskie - zdobywając przy okazji bezcenne dla CIA tajne dokumenty - z baz w nepalskim królestwie Lo.

 

W 1966 roku przewodniczący Mao - którego pozycja chwiała się po fiasku kampanii wielkiego skoku i wywołanym przez nią głodzie - wezwał młodzież do zaatakowania „partyjnej biurokracji". W czasie dziesięcioletniej rewolucji kulturalnej bezlitośnie zwalczano wszelkie przejawy „starego myślenia i obyczajów", co oznaczało między innymi całkowity zakaz praktykowania i manifestowania wiary religijnej, noszenia tradycyjnych strojów, a w niektórych regionach nawet posługiwania się językiem tybetańskim. Tybetańczycy „wykorzystali" koszmar anarchii i walk frakcyjnych w łonie Czerwonej Gwardii, wzniecając serię krwawo tłumionych, lokalnych powstań. Mieszkańcy Tybetu nazywają ten okres niebywałej brutalności i okrucieństwa - w Chinach dochodziło między innymi do aktów rytualnego kanibalizmu - „czasem, gdy niebo i ziemia zamieniły się miejscami".

 

Po odsunięciu „bandy czworga" Pekin zdecydował się na bardziej liberalną politykę. W 1980 roku wizytę w Lhasie złożył pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Chin (KPCh) Hu Yaobang i przeprosił Tybetańczyków za katastrofę, jaką okazały się dla nich trzy dziesięciolecia chińskich rządów. Przerażony nędzą i spustoszeniami, zapowiedział „jak najszybsze przywrócenie warunków bytowych sprzed 1959 roku" oraz wycofanie większości funkcjonariuszy i urzędników narodowości Han.

 

Liberalizacja gospodarcza i polityczna oznaczała przede wszystkim elementarne poszanowanie własności prywatnej oraz religijnej, kulturowej i językowej odrębności Tybetańczyków. Zwolniono większość więźniów politycznych, wydawano zgody na odbudowę zrównanych z ziemią klasztorów i świątyń, promowano język tybetański i zakładano szkoły. Dengowskie reformy przyniosły jednak również nowe zagrożenia, takie jak drakońska polityka kontroli urodzeń - w ramach której, choć teoretycznie miała nie dotyczyć „mniejszości", sterylizowano i poddawano przymusowym aborcjom, nawet w ósmym miesiącu ciąży, tysiące tybetańskich kobiet - czy postępująca dewastacja niezwykle kruchego środowiska naturalnego na skutek rabunkowej eksploatacji surowców.

 

W odpowiedzi na złożoną w 1979 roku deklarację Deng Xiaopinga, który oświadczył, że gotów jest rozmawiać z tybetańską diasporą o wszystkim poza „niepodległością", Dalajlama zapowiedział rezygnację z fundamentalnych aspiracji swego narodu, przedstawiając „korzystny dla obu stron" model „drogi środka", zakładający zapewnienie Tybetańczykom „prawdziwej" autonomii - którą, teoretycznie, gwarantuje im konstytucja i ustawy ChRL - oraz przeobrażenie Tybetu w „strefę pokoju", czyli w pewnym sensie powrót do postanowień Ugody z 1951 roku i tradycyjnej roli stabilizującego bufora pomiędzy najludniejszymi państwami świata. Do ojczyzny wyruszyły cztery delegacje wysłanników Dalajlamy, którzy mieli na własne oczy zobaczyć „postępy", jakich dokonano pod rządami Pekinu.

 

Na podstawie zgromadzonych wtedy dokumentów, relacji i statystyk źródła emigracyjne szacują, że chińską okupację przypłaciło życiem ponad milion dwieście tysięcy z sześciu milionów Tybetańczyków - piąta część narodu. W gruzach legły niemal wszystkie z 6259 klasztorów, będących ośrodkami religii, kultury, nauki, medycyny i sztuki tybetańskiej.

 

Odsunięcie Hu Yaobanga w styczniu 1987 roku oznaczało koniec liberalizacji politycznej i załamanie kontaktów między Pekinem a diasporą. Dekadę „odwilży" zamknęła fala niepodległościowych manifestacji w Lhasie, które tłumiono, strzelając z broni maszynowej do demonstrujących mnichów, mniszek i świeckich. Po trzech latach niepokojów - na wniosek ówczesnego sekretarza partii TRA i obecnego prezydenta ChRL, Hu Jintao - w marcu 1989 roku ogłoszono stan wojenny.

 

W tym okresie służby bezpieczeństwa stosowały strategię „obrotowych drzwi", która polegała na masowych, stosunkowo krótkich, z reguły przypadkowych aresztowaniach połączonych z okrutnym biciem. „Prowodyrów" i „podżegaczy" skazywano na kilkuletnie kary więzienia. Ponieważ świadkami brutalności policji byli zachodni turyści, dla których na początku lat osiemdziesiątych otworzono największe miasta środkowego Tybetu, władze zrezygnowały z taktyki „pasywnej", starając się „aktywnie" zapobiegać protestom i wystąpieniom niepodległościowym. Budowano agenturę, instalowano kamery przemysłowe w newralgicznych punktach Lhasy, zatrzymanych i więźniów poddawano torturom, aby wydobyć informacje i zastraszyć całą społeczność tybetańską.

 

Ponieważ dziesięcioletnie rozmowy z chińskimi aparatczykami nie przyniosły żadnych rezultatów politycznych, Dalajlama, którego cztery miesiące po masakrze w Pekinie w czerwcu 1989 roku uhonorowano Pokojową Nagrodą Nobla, ponownie zaapelował o pomoc wolnego świata. Sprawa Tybetu wróciła na pierwsze strony gazet, a w państwach demokratycznych zaczęły powstawać liczne grupy i organizacje, popierające aspiracje Tybetańczyków. Zdominowana przez twardogłowych przeciwników reform politycznych partia zareagowała na „umiędzynarodowienie problemu" zerwaniem wszelkich kontaktów z diasporą w 1993 roku.

 

Przewodniczący Jiang Zemin, który zastąpił odsuniętego po Tiananmen Zhao Ziyanga, ogłosił też nową strategię dla Tybetu: „chwytanie oburącz", czyli szybki rozwój gospodarczy, mający nieodwracalnie związać Dach Świata ze strukturami ChRL i rozładować niezadowolenie Tybetańczyków, oraz ścisłą kontrolę polityczną. Ostateczny, instytucjonalny kres polityce liberalizacji położyło zwołane w 1994 roku III Forum Robocze w sprawie Tybetu. Stały Komitet Biura Politycznego KPCh uznał, że prawdziwym problemem jest tożsamość Tybetańczyków - oraz ich lojalność wobec Dalajlamy: „głowy węża", którą trzeba odrąbać, żeby „zabić gada lokalnego nacjonalizmu" - i wydał jej otwartą wojnę.

 

„Rozwój gospodarczy" sprowadzał się do pompowania gigantycznych dotacji na rozbudowę infrastruktury oraz agend administracji partyjnej i rządowej, niemal całkowicie pomijając najważniejsze z perspektywy Tybetańczyków edukację, szkolenia zawodowe i opiekę zdrowotną w regionach wiejskich. Za miliardami yuanów z budżetu centralnego, preferencyjnymi kredytami, ulgami podatkowymi i ułatwieniami meldunkowymi popłynęła fala chińskich osadników z sąsiednich prowincji, błyskawicznie obracając rdzennych mieszkańców w marginalizowaną, ubożejącą i pozbawioną perspektyw mniejszość w ich własnym kraju - jak wynika z oficjalnych danych, po dwakroć uprzywilejowany, jako mężczyzna i mieszkaniec stolicy, statystyczny Tybetańczyk z Lhasy jest gorzej wykształcony (o guanxi, niezbędnych do załatwienia czegokolwiek „koneksjach", nie wspominając) od podwójnie dyskryminowanej wieśniaczki z Sichuanu, skąd pochodzi większość imigrantów. Wielu obserwatorów uważa, że Pekin czeka na „ostateczne rozwiązanie" problemu tybetańskiego, topiąc, wzorem Mandżurii, Mongolii Wewnętrznej i Turkiestanu Wschodniego, „lokalny separatyzm" w morzu Hanów.

 

W 2001 roku - w ramach zakrojonego na ogromną skalę programu „rozwijania ziem zachodnich" (chiń. xibu da kaifa) - Pekin przystąpił do budowy linii kolejowej, która cztery lata później połączyła Tybet centralny z innymi prowincjami ChRL, a w 2002 roku władze chińskie, które do tej pory kategorycznie temu zaprzeczały, oficjalnie przyznały, że Tybetańczycy stają się mniejszością we własnym kraju.

 

Głównym instrumentem „drugiej ręki", czyli „kontroli", uczyniono natomiast kampanie „edukacji patriotycznej", którymi objęto najpierw partyjne kadry oraz urzędników, potem uznawanych za najgroźniejsze źródło „nacjonalizmu" duchownych i wreszcie całe społeczeństwo tybetańskie. Po raz pierwszy od czasów rewolucji kulturalnej machina propagandowa zaatakowała Dalajlamę (wcześniej mówiła o „separatystycznej klice Dalaja") i zaczęła kwestionować jego autorytet religijny.

 

Tybetańczyków znów wtrącano do więzień za każdą, nawet symboliczną próbę sprzeciwu wobec komunistycznej władzy - choćby posiadanie flagi narodowej czy przekładu Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Konflikt zaostrzyło uwięzienie sześcioletniego Genduna Czokji Nimy, którego Dalajlama zgodnie z wiekową tradycją uznał w maju 1995 roku za nowe wcielenie Panczenlamy, drugiego hierarchy buddyzmu tybetańskiego. Ateistyczne władze mianowały innego, „autentycznego" Panczenlamę i zaczęły zmuszać tybetański kler do jego zaakceptowania oraz „odrzucenia" dziecka wskazanego przez Dalajlamę. Pekin do tej pory odmawia niezależnym obserwatorom dostępu do uwięzionego chłopca i jego rodziców, choć zabiegały o to liczne rządy, parlamenty i organizacje międzynarodowe z agendami ONZ na czele.

 

Protesty duchownych wywołały brutalne represje i kampanie „reedukacji politycznej" w klasztorach. Mnisi i mniszki musieli zadeklarować lojalność wobec „macierzy" oraz potępić Dalajlamę, którego zdjęć nie można dziś wystawiać na widok publiczny w całym Tybecie. Opornych aresztowano lub wydalano ze świątyń. Grupy robocze, komitety demokratycznego zarządzania oraz lokalne biura ds. religii, które nadzorują działalność klasztorów, wprowadzały nowe restrykcje, dotyczące na przykład liczby i wieku duchownych. W 1998 roku władze zaczęły wysyłać na przymusowe emerytury mnichów, którzy ukończyli sześćdziesiąt lat. Stanowi to ogromne zagrożenie dla zasadzającej się w dużej mierze na bezpośrednim, ustnym przekazie tradycji buddyjskiej, w której starzy mnisi zawsze odgrywali kluczową rolę jako wychowawcy, nauczyciele, mistrzowie rytuałów i medytacji. W ramach owych kampanii usunięto ze świątyń ponad dwadzieścia tysięcy duchownych. Po spacyfikowaniu klasztorów ogłoszono „kampanię ateizacji", która objęła całe społeczeństwo. Ze szczególną gorliwością wprowadzano ją w szkołach, wpajając dzieciom, że praktykowanie buddyzmu jest „wyrazem zacofania" i „kłodą na drodze postępu".

 

W grudniu 1999 roku uciekł do Indii czternastoletni Ugjen Trinlej Dordże, XVII Karmapa, najwyższy hierarcha buddyjski przebywający na terenie Tybetu. Rząd ChRL zezwolił na intronizowanie tego lamy, zaaprobowanego wcześniej przez Dalajlamę, w ostatnich miesiącach dogasającej liberalizacji w 1992 roku; propaganda nieodmiennie przedstawiała go jako „patriotycznego duchownego, miłującego politykę partii i jedność macierzy" oraz żywy dowód wolności religii w Tybecie. Władze znów zaostrzyły represje: zakazano obchodzenia świąt buddyjskich, grożono dymisjami urzędnikom, którzy odważą się odwiedzać klasztory, prowadzono rewizje w prywatnych domach, konfiskowano i publicznie niszczono już nie tylko wizerunki Dalajlamy, ale i przedmioty kultu religijnego. Nowa strategia Pekinu, który zaczął mówić o „obcości" buddyzmu jako religii przeniesionej przed ponad tysiącem lat z Indii, kojarzyła się Tybetańczykom tylko z czasami rewolucji kulturalnej. Za ucieczkę Karmapy zapłacił stanowiskiem Chen Kuiyuan, sekretarz KPCh w TRA odpowiedzialny za prowadzenie brutalnych kampanii politycznych w latach dziewięćdziesiątych, po mianowaniu nowego przewodniczącego władze nie zmieniły jednak ani retoryki, ani twardej polityki antyreligijnej.

 

Spacyfikowawszy klasztory w Tybecie centralnym, wydano wojnę religii na ziemiach tybetańskich poza granicami TRA. W przyłączonym do Sichuanu Khamie rozbito wielkie obozowiska klasztorne - w tym Instytut Serthar, największy ośrodek renesansu buddyzmu we współczesnym Tybecie, z którego wydalono ponad 8500 duchownych, burząc ich domy, by nie mieli dokąd wracać - a w grudniu 2002 roku, nie przedstawiając żadnych dowodów winy oskarżonych, kpiąc z apeli i ostrych protestów społeczności międzynarodowej, skazano na karę śmierci znanego nauczyciela buddyjskiego i działacza społecznego Tulku Tenzina Delka oraz byłego mnicha Lobsanga Dhondupa, którego miesiąc później stracono. Była to pierwsza od ponad dwudziestu lat egzekucja tybetańskiego więźnia politycznego.

 

Innymi słowy, w czasie ponaddziesięcioletniej fali nowego, życzliwego zainteresowania świata, naszpikowanej niezliczonymi kampaniami i dziesiątkami parlamentarnych deklaracji w obronie Tybetańczyków, Pekin konsekwentnie zaostrzał politykę w Tybecie, mnożąc restrykcje i potęgując represje, a przy okazji obracając rdzennych mieszkańców w marginalizowaną i jawnie dyskryminowaną mniejszość. Co więcej, działania organizacji pozarządowych i sympatia międzynarodowej opinii publicznej w żaden sposób nie przekładały się na politykę rządów, których głównym celem stał się wyścig do chińskiego rynku. W latach dziewięćdziesiątych minionego wieku Stany Zjednoczone i Unia Europejska całkowicie wycofały się z mechanizmów przypominających „trzeci koszyk" KBWE, oddzielając kwestię poszanowania praw człowieka od innych aspektów - przede wszystkim gospodarczych - stosunków z Chinami i na własne życzenie odbierając sobie w ten sposób możliwość skutecznego upominania się o prześladowanych. Po 11 września 2001 roku i gwałtownym przewartościowaniu na arenie międzynarodowej, którego ofiarą padły przede wszystkim standardy praw człowieka, sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej, a Pekin, z błogosławieństwem zachodnich rządów, zaczął wykorzystywać globalną wojnę z terroryzmem do prześladowania mniejszości, zwłaszcza Ujgurów z Turkiestanu Wschodniego i Tybetańczyków.

 

W tej sytuacji priorytetem diaspory musiało stać się ponowne, jak najszybsze nawiązanie kontaktów z władzami ChRL. Rok później Pekin przyjął pierwszych od niemal dziesięciu lat wysłanników Dalajlamy. Do kolejnych rozmów doszło w maju 2003, wrześniu 2004, lipcu 2005, lutym 2006 i lipcu 2007 roku. Choć wydaje się, że kontakty te nie przyniosły przełomu ani znaczących rezultatów poza „ukazaniem poważnych różnic w samym podejściu do problemu", emigracyjni przywódcy konsekwentnie apelują do Tybetańczyków i „sympatyków" ich sprawy o poniechanie „aktywnych" protestów w imię budowania „atmosfery sprzyjającej kontynuowaniu dialogu".

 

Wielu ekspertów uważa, że ChRL nie zamierza prowadzić żadnych rokowań, kupując jedynie czas i czekając na śmierć Dalajlamy, która - jak najwyraźniej wierzy wielu chińskich dygnitarzy - rozwiąże problem raz na zawsze. W maju 2004 roku Rada Państwa opublikowała białą księgę, w której wykluczyła przyznanie Tybetowi jakiegokolwiek specjalnego statusu na zasadzie „jeden kraj, dwa systemy". Władze centralne oświadczyły dobitnie, że „o losie i przyszłości Tybetu nie decyduje już Dalajlama i jego klika, lecz wyłącznie cały naród chiński", wzywając przywódcę Tybetańczyków do „spojrzenia prawdzie w oczy, dokonania właściwej oceny sytuacji, faktycznego porzucenia stanowiska w sprawie »niepodległości Tybetu« oraz zrobienia czegoś pożytecznego dla rozwoju Chin i regionu tybetańskiego w latach, jakie mu jeszcze zostały". Inni obserwatorzy sądzą jednak, że partyjni pragmatycy dostrzegają szansę, jaką stwarza koncyliacyjna postawa Dalajlamy, i rozumieją zagrożenia, przed którymi staną Chiny - uznające za najwyższy priorytet „strzeżenie stabilizacji i narodowej jedności" - jeżeli nie wypracują trwałego rozwiązania z cieszącym się ogromnym autorytetem na całym świecie, niekwestionowanym przywódcą narodu tybetańskiego, którego charyzma i wierność zasadom ahimsy zjednują sprawie Tybetu coraz więcej orędowników wśród chińskich dysydentów i intelektualistów w kraju oraz za granicą.

 

Latem 2005 roku, przed hucznymi obchodami czterdziestolecia TRA - poprzedzonymi rutynowym polowaniem na potencjalnych wichrzycieli i byłych więźniów politycznych, dla których zakończenie wyroku oznacza nie wolność, lecz ciągłą inwigilację i nowe szykany - w klasztorach centralnego Tybetu, gdzie na początku dekady, gdy walec najbrutalniejszych represji przetoczył się na wschód, zapanował względny spokój, ogłoszono kolejną kampanię edukacji patriotycznej, aresztując lub wydalając ze świątyń dziesiątki duchownych, którzy odmawiali podpisania lżących Dalajlamę deklaracji lojalności. Jednocześnie na zamkniętym posiedzeniu Biura Politycznego KPCh ponowne zatwierdzono priorytety „chwytania oburącz", czyli zacieśniania kontroli politycznej oraz „skokowego" rozwoju gospodarczego. Wkrótce potem stanowisko sekretarza partii TRA powierzono Zhangowi Qingli, weteranowi walki z „lokalnym nacjonalizmem" i architektowi programu przesiedlania Hanów do Turkiestanu Wschodniego, który zaczął urzędowanie od zaostrzenia zbierającej już ofiary śmiertelne kampanii reedukacji politycznej w Lhasie, czyli, jak sam to ujął, „walki na śmierć i życie" z tybetańskim „separatyzmem", karanym wyrokami sięgającymi już przeciętnie dziesięciu lat i jedenastu miesięcy więzienia.

 

Udzielając jubileuszowej inicjacji Kalaczakry w styczniu 2006 roku, Dalajlama wezwał Tybetańczyków do chronienia przyrody i wszelkiego życia, a zwłaszcza zwierząt należących do gatunków zagrożonych wyginięciem. W odpowiedzi na ten apel we wszystkich regionach Tybetu zaczęto publicznie palić szmuglowane z Indii skóry tygrysów, panter i wydr oraz obszywane nimi ubrania, które w ostatnich latach stały się symbolami statusu i - mimo martwych przepisów zakazujących ich posiadania - aprobowanym przez władze egzotycznym magnesem dla turystów. Organizatorzy spontanicznej kampanii, wystrzegający się retoryki politycznej i podkreślający zgodność swoich działań z chińskim prawem, doprowadzili do puszczenia z dymem futer wartych dziesiątki milionów yuanów i sprowokowali władze, które uczyniły zagrożoną wyginięciem tybetańską antylopę cziru jedną z maskotek „zielonych" Igrzysk w Pekinie, do przekroczenia granic absurdu: służby bezpieczeństwa nie tylko wydawały zakazy, zatrzymywały i zastraszały „winnych", ale też zaczęły zmuszać tybetańskich spikerów do pojawiania się na wizji w kurtach obszytych kontrabandą. Przy okazji ogłoszono wzmożenie kampanii „mocnego uderzenia" w tybetańskich dysydentów i intensyfikację reedukacji politycznej w instytucjach monastycznych, a Pekin przypuścił zmasowany atak propagandowy na Dalajlamę, odrzucając idee „większego Tybetu" i „prawdziwej autonomii" jako próby „obalenia rządów partii, systemu socjalistycznego i zasady autonomii oraz powrotu do władzy i ponownego skazania Tybetańczyków na niewolnictwo".

 

W osiemdziesiątą piątą rocznicę założenia KPCh w lipcu 2006 roku do Lhasy ruszyły z wielką pompą i nadzwyczajnymi środkami bezpieczeństwa (pięciu do dziesięciu żołnierzy na każdym kilometrze tysiąckilometrowej trasy oraz, jak w samolotach, antyterroryści i agenci w wagonach) pierwsze pociągi pasażerskie z chińskich miast. Zgodnie z zapowiedziami Pekinu kolej przyniosła Tybetańczykom zmiany, wobec których „skarlały wszystkie dotychczasowe osiągnięcia": przymusowe przesiedlenia bez rozkradanych przez urzędników odszkodowań, zagładę tradycyjnych pastwisk i ostoi dzikiej zwierzyny, a przede wszystkim (kilkakrotnie taniej niż samoloty oraz o wiele szybciej i bezpieczniej niż autobusy) „cztery tysiące nowych turystów, kupców i osadników pochodzenia chińskiego", zwiększając ich liczbę do pięciu, sześciu tysięcy dziennie. Choć władze twierdziły, że kolej da Tybetańczykom zatrudnienie, wśród budujących ją 27 tysięcy robotników wykwalifikowanych nie znalazło się miejsce dla żadnego z nich. Tydzień później Chiny i Indie otworzyły dla handlu granicznego przełęcz Nathu-la w Sikkimie, która przed wojną z 1962 roku miała aż osiemdziesięcioprocentowy udział w wymianie towarowej między tymi państwami. Znaczne obniżenie kosztów i czterdziestopięciokrotne zwiększenie przepustowości transportowej Tybetu stworzyło szansę na uczynienie z regionu alternatywy dla drogi morskiej i pasa transmisyjnego chińskich produktów do Azji Południowej, dając kolejny impuls ekonomiczny osadnictwu na Dachu Świata. Jak wynika z badań Chińskiej Akademii Nauk, większość pracowników napływowych (poza kadrami, setkami tysięcy mundurowych i robotnikami przemysłowymi) zajmuje się w TRA świadczeniem usług - nowej klasie średniej, turystom i sobie nawzajem, zmieniając to zjawisko w perpetuum mobile i pogłębiając marginalizację rdzennej ludności.

 

W tym samym czasie - w ramach okrzyczanego programu yuan zang, „pomagania Tybetowi", oraz nowinki, wenhua anquan, strzeżenia „bezpieczeństwa kulturowego" - szukający nowych metod zwiększenia kontroli nad rozproszoną populacją regionów wiejskich Pekin ogłosił kampanię namdrang rangdrik, w wolnym przekładzie „zrób to sam", zmuszając koczowników oraz mieszkańców tradycyjnych, rozrzuconych na dużej powierzchni osad do zaciągania astronomicznych kredytów i budowania domów w zwartych kompleksach, przypominających ogrodzone, stalagowe baraki z obowiązkowym czerwonym sztandarem na każdym dachu. Władze lokalne, zajęte rozkradaniem dotacji rządu centralnego, nie zaprzątały sobie głowy tym, że w zuniformizowanych osiedlach - z reguły pozbawionych nowoczesnych „udogodnień", takich jak bieżąca woda czy elektryczność - nie ma miejsca dla stad przesiedlanych chłopów i pasterzy ani żadnych alternatywnych źródeł utrzymania dla ludzi, znających się wyłącznie na hodowli i uprawie roli. (Trudno o lepszy przykład bezsensownej inwestycji, tłumaczącej diagnozę życzliwego Pekinowi Banku Światowego, który stwierdza, że mimo imponującego wzrostu gospodarczego realne dochody najuboższych dziesięciu procent obywateli ChRL - a więc, statystycznie, wszystkich Tybetańczyków - systematycznie maleją; jednocześnie w wioskach, a jest ich w całych Chinach osiemset tysięcy, urzędnicy wydają na własne pensje oraz koszty administracyjne i reprezentacyjne 44 procent budżetów swoich regionów.) Wedle oficjalnych danych tylko w 2006 roku programem tym objęto niemal trzysta tysięcy mieszkańców TRA, czyli ponad dziesiątą część populacji regionu, a na opuszczonych przez nich terenach natychmiast zaczęły wyrastać kopalnie i inne projekty infrastrukturalne, przyciągające jak magnes zastępy Hanów. Najwyraźniej przestano też dbać o didaskalia, mające przekonywać, że Tybetańczycy posiadają jakikolwiek wpływ na los swojej „autonomicznej" ojczyzny: po dorocznych egzaminach służby cywilnej w Lhasie przypadły im ledwie dwa na sto oferowanych etatów, a w stołecznym komitecie partii, na którego czele po raz pierwszy od ćwierć wieku postawiono aparatczyka pochodzenia chińskiego, znalazło się ich najmniej od czterdziestu lat: ośmiu na trzydzieści osób, trzykrotnie mniej niż przed dekadą.

 

Władze TRA - pustynniejącego i ocieplającego się w tempie zastraszającym nawet dla rządowych ekspertów, ale też bogatszego o bezcenne dla ogołoconych z zasobów naturalnych Chin właściwych i dostępne dzięki kolei setki nowo odkrytych złóż miedzi, żelaza, cynku, ołowiu, ropy itd. - rozpoczęły rok 2007 od przyjęcia „Regulacji kwestii religijnych", drastycznie zwiększających kontrolę państwa nad instytucjami monastycznymi, procesem przekazywania nauk buddyjskich, duchownymi i wiernymi, oraz przywłaszczenia sobie wszystkich przedmiotów kultu oraz wizerunków religijnych w świątyniach i klasztorach. (Wkrótce potem na tej podstawie oddział Ludowej Policji Zbrojnej roztrzaskał ufundowany przez Chińczyków, wart ponad sto tysięcy dolarów, wielki posąg Guru Rinpocze w Samje, pierwszym klasztorze buddyjskim Tybetu.) Kilka miesięcy później, jakby na potwierdzenie słów sekretarza Zhanga, utrzymującego, że „Komitet Centralny jest dla Tybetańczyków prawdziwym Buddą", KPCh zadała potencjalnie śmiertelny cios niemal tysiącletniej tradycji, formalnie przejmując całkowitą kontrolę nad procesem aprobowania, poszukiwania, rozpoznawania i kształcenia inkarnowanych lamów - elity hierarchii buddyjskiej - na terenie całych Chin Ludowych.

 

W marcu, w dorocznym orędziu Dalajlama niespodziewanie pozdrowił wszystkich „członków partii komunistycznej, przywódców, urzędników i fachowców, którzy nie utracili tybetańskiego ducha i pracują na rzecz prawdziwych interesów naszego narodu", wyrażając przy tym „najwyższy podziw" ich „niezwykłej odwadze", a mieszkający w Pekinie Bapa Phuncog Łangjal - weteran ruchu komunistycznego, który spędził w karcerze 18 lat i został zrehabilitowany po śmierci Mao - wezwał przewodniczącego Hu do zmiany polityki partii wobec Dalajlamy oraz odsunięcia „jastrzębi, robiących kariery i majątki na walce z separatyzmem oraz blokujących proces pojednania i dialogu". Władze chińskie odpowiedziały na te słowa falą restrykcji i zakazów obchodzenia świąt religijnych, kolejną kampanią „edukacji patriotycznej" oraz bezprecedensową czystką Tybetańczyków na najniższych szczeblach administracji TRA, zarezerwowanych do niedawna dla przedstawicieli rdzennej ludności. Usunięcie 54 (z 78) okręgowych sekretarzy oskarżanych o „brak gorliwości" w walce z separatyzmem oraz zastąpienie ich chińskimi „ochotnikami" z różnych prowincji ChRL zbiegło się z szóstą, jeszcze bardziej jałową od poprzednich, rundą rozmów między przedstawicielami chińskiego państwa a wysłannikami zapowiadającego stopniowe przejście na „całkowitą emeryturę polityczną" i poświęcenie się sprawom duchowym Dalajlamy.

 

Latem, wzorem większości poprzedniczek, kampania „zrób to sam" przekroczyła granice TRA, w którym wedle oficjalnych doniesień chińscy imigranci zdążyli już stworzyć struktury mafijne (napływ osadników do Lhasy, i towarzyszącą im jak cień inflację, zwiększyła tego roku katastrofalna powódź, która odebrała dach nad głową milionom mieszkańców Chin właściwych). Pekin nakazał przesiedlenie do miast stu tysięcy tybetańskich koczowników z pustkowi Qinghai, uznając - tradycyjnie, wbrew opiniom ekspertów - że stanowią oni nie odwieczną, integralną część ekosystemu, lecz zagrożenie dla niezwykle kruchego, bo złożonego tylko z jednego łańcucha pokarmowego, środowiska naturalnego Płaskowyżu. Tymczasem w Gansu policja więziła i katowała grupkę dzieci podejrzewanych o wymalowanie na szkolnym murze niepodległościowego hasła, a w sąsiednim Khamie lawinę wydarzeń uruchomił koczownik z Lithangu, Rongje Adrak, który wskoczył na podium dla oficjeli podczas rocznicowej akademii AL-W, chwycił mikrofon i, ku żywiołowej aprobacie tysięcy ziomków zabranych tam z okazji wielkiej gonitwy koni, nawoływał do powrotu Dalajlamy. Jego natychmiastowe uwięzienie doprowadziło do fali demonstracji, oblężenia lokalnego komisariatu - zakończonego dopiero na prośbę lamów i tybetańskich urzędników, którzy bojąc się rzezi, ze złożonymi dłońmi błagali nomadów o rozejście się do domów - ściągnięcia do regionu tysięcy żołnierzy, totalnej czystki władz lokalnych i zastąpienia ich chińskimi aparatczykami, oraz uruchomienia długiej, brutalnej kampanii edukacji patriotycznej, wzbogaconej dla postrachu o nagłą egzekucję. (Głównego „winowajcę" skazano potem na osiem lat więzienia, a ludziom, którzy próbowali mu pomóc, przekazując informacje zagranicznym mediom, wymierzono - co charakterystyczne dla nowego modelu relacji Chin ze światem oraz priorytetów i ducha roku przedolimpijskiego - kary wyższe o rok i dwa lata). We wrześniu Komisja Kontroli Dyscypliny KPCh opublikowała poufny „Dokument nr 2", dając sygnał do kampanii „prześwietlania i oczyszczania" szeregów tybetańskich kadr: „W naszej partii wciąż istnieje mała grupa elementów dysydenckich, których oddanie ideałom, poglądom i stanowiskom politycznym jest niepewne. Ssą pierś partii komunistycznej, lecz nazywają Dalajlamę matką. Jeżeli nie zdołamy ich wyeliminować, sytuacja stanie się bardzo niebezpieczna".

 

Nowe nastawienie władz doskonale odzwierciedlał klimat październikowych zakazów, nakazów, szantaży i gróźb, którymi próbowano - jak zawsze, bezskutecznie - odstraszyć Tybetańczyków od świętowania ceremonii wręczenia Złotego Medalu Kongresu Dalajlamie, podczas której urzędujący prezydent Stanów Zjednoczonych stanął po raz pierwszy u boku przywódcy Tybetu i wezwał przewodniczącego Hu Jintao do przyjęcia go w Pekinie. Policja wystawiała blokady na drogach, zamykała blogi i portale internetowe, przeszukiwała samochody, konfiskowała anteny satelitarne, sztuczne ognie i kadzidła, rozpędzała, biła i zatrzymywała dziesiątki osób oraz na tydzień odcięła od świata lhaski Drepung - z setkami duchownych i pielgrzymów w środku - po tym jak mnisi na znak radości i oddania zaczęli zawieszać flagi modlitewne oraz bielić ściany szesnastowiecznej rezydencji „Obecności" w tym klasztorze. Sam Dalajlama, próbując zapewne dać do zrozumienia liderom partii komunistycznej, że mieszanie się w sprawy religii i reinkarnacji w celu przejęcia kontroli nad procesem sukcesji przywódców Tybetu jest nie tylko szkodliwe dla buddyzmu, ale też śmieszne i krótkowzroczne, zaczął publicznie napomykać, że może osobiście - lub w demokratycznym głosowaniu - wskazać swego następcę.

 

Mieszkańcy Tybetu, zwłaszcza ci z hukou, „meldunkiem" w TRA, mają ogromne trudności z uzyskaniem paszportu i zgody na opuszczenie kraju. Według chińskich mediów w 2003 roku za granicę wyjechało ich „o 200 więcej niż rok wcześniej", czyli dokładnie 300 (trzystu). Nie wiadomo, czy liczba ta obejmuje członków licznych delegacji rządowych. Każdego roku do Indii przedostają się dwa-trzy tysiące Tybetańczyków. Systematycznie zacieśniający współpracę z Pekinem rząd Nepalu, który wcześniej - na podstawie „dżentelmeńskiej umowy" z Wysokim Komisarzem ONZ ds. Uchodźców (UNHCR) - nie przeszkadzał w tranzycie Tybetańczyków do Indii, zmienił politykę w maju 2003 roku, wydając pracownikom ambasady ChRL w Katmandu 18 uciekinierów z Tybetu. Wszyscy oni spędzili kilka miesięcy w areszcie śledczym w Szigace, w którym byli bici i maltretowani. W tym samym czasie chińska straż graniczna kilkakrotnie otwierała ogień do uciekinierów z Tybetu i ścigała ich na terytorium Nepalu. W styczniu 2005 roku nepalskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych poleciło zamknąć stołeczne biuro przedstawiciela Dalajlamy oraz Tybetańskie Biuro ds. Opieki nad Uchodźcami. Przedstawicielstwo pełniło funkcję nieformalnej ambasady i rzecznika interesów społeczności tybetańskiej; Biuro Opieki działało od niemal 45 lat i służyło pomocą uchodźcom, którzy osiedlili się w Nepalu po upadku powstania w Tybecie w 1959 roku, oraz zapewniało schronienie (dach nad głową, wyżywienie i pomoc medyczną) nowym uciekinierom, wśród których przeważają duchowni oraz młodzież i dzieci. 30 września 2006 roku na oczach setek zachodnich himalaistów, którzy natychmiast przekazali tę informację przez telefony satelitarne, funkcjonariusze wujing, paramilitarnej Ludowej Policji Zbrojnej (LPZ), otworzyli ogień do grupy kilkudziesięciu uchodźców na granicznej przełęczy Nangpa-la, zabijając co najmniej dwie osoby. Chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych bezzwłocznie doniesienia te zdementowało. Kiedy kilka dni później okazało się, że wspinacze zrobili zdjęcia zwłok kilkunastoletniej mniszki i aresztowanych dzieci, Pekin oświadczył wtedy, że zaatakowani przez „przestępców" żołnierze strzelali w obronie własnej. Wkrótce potem ujawniono film, na którym widać, jak funkcjonariusze przyjmują pozycje strzeleckie, spokojnie mierzą i strzelają z karabinów szturmowych w plecy bezbronnych, oddalonych od nich o ponad sto metrów kobiet i dzieci. Tym razem władze chińskie odmówiły komentarza, informując zagranicznych dyplomatów, że była to po prostu „normalna procedura strzeżenia granicy". Z pewnością obowiązuje ona nadal, ponieważ nie ukarano winnych tamtego zabójstwa, a LPZ strzelała do tybetańskich uchodźców również w październiku 2007 roku.

 

Rok 2008



Co musicie przeżywać wy, skoro ja, ślepy, nie mogę na to patrzeć?

Tusong, dwudziestodziewięcioletni niewidomy mnich, który 19 kwietnia 2008 roku odebrał sobie życie w klasztorze Amdo Kirti

 

Decyzją Komitetu Centralnego KPCh, MKOl i astrologów (za sprawą magii pomyślnych „ósemek") rok 2008 i sierpniowe igrzyska w Pekinie miały być dla Chin trampoliną do klubu światowych potęg, wizerunkowe marzenia partyjnych dygnitarzy zniweczyła jednak eksplozja gniewu i frustracji Tybetańczyków, zmagających się od niemal dwóch dekad z nową, agresywną polityką chińskich władz.

 

Do pierwszych poważnych protestów doszło podczas lutowych obchodów buddyjskiego święta Monlam w okręgu Rebgong (chiń. Tongren) prowincji Qinghai, gdzie po spontanicznej kampanii palenia obszytych futrem ubrań władze mnożyły restrykcje i prowadziły intensywną „reedukację". Błahy incydent wyzwolił tłumioną niechęć, przeradzając się w bijatykę między zgromadzonymi przed świątynią Tybetańczykami a policją i wmieszanymi w tłum tajniakami. Natychmiast ściągnięto wojskowe posiłki i zatrzymano 200 osób - dwie z nich, brutalnie pobite, zmarły, co doprowadziło do kolejnych starć. Kres niepokojom położyła dopiero interwencja opata lokalnego klasztoru.

 

Choć dzięki agresywnym środkom kontroli, prewencyjnym zatrzymaniom, kamerom przemysłowym i armii konfidentów władzom od ponad dziesięciu lat udawało się zapobiegać poważniejszym incydentom związanym z dwoma najważniejszymi datami współczesnego kalendarza tybetańskiego - rocznicami wybuchu powstania w 1959 roku i urodzin Dalajlamy - 10 marca z klasztoru Drepung ruszyło ku Lhasie około 300 mnichów, których natychmiast otoczyli funkcjonariusze LPZ i zepchnęli z powrotem do świątyni. W tym samym czasie przed Dżokhangiem protestowało kilkunastu duchownych klasztoru Sera i świeckich, błyskawicznie pobitych i zatrzymanych przez policję. Władze musiały przeczuwać nadciągającą burzę - strzępy informacji o podobnych incydentach napływały również z prowincji Qinghai i Gansu - bowiem największe stołeczne świątynie otoczono wojskowymi kordonami, nie zatrzymało to jednak mnichów z Sera, którzy następnego dnia ruszyli ku miastu, skandując niepodległościowe hasła i domagając się zwolnienia uwięzionych współbraci. Uzbrojeni policjanci rozproszyli pochód przy pomocy granatów z gazem łzawiącym, a władze - tradycyjnie oskarżające o wywołanie niepokojów „klikę dalaja" - nakazały komitetom dzielnicowym przeszukanie wszystkich mieszkań w tybetańskich kwartałach, zarządzając obławę na duchownych bez stołecznego hukou. Dwa kolejne dni należały do mnichów trzeciej z „wielkich siedzib", Gandenu, oraz lhaskich mniszek, których marsze rozbito w podobny sposób. Niepokój w mieście potęgowały pogłoski, że uwięzieni w odciętych od świata (w tym wody i elektryczności) klasztorach na znak protestu przebijają się nożami i podpalają.

 

Rankiem 14 marca mnisi z położonego w centrum Lhasy sanktuarium Ramocze przewrócili policyjny samochód, który blokował ich bramę. Tym razem, jak pod koniec lat osiemdziesiątych, w obronie duchownych stanęli świeccy, obrzucając kamieniami i zmuszając do ucieczki interweniujących funkcjonariuszy. Podobnie jak wówczas - rozmyślnie lub nie (najwyżsi przywódcy TRA, do których należy podejmowanie kluczowych decyzji, byli w tym czasie w Pekinie na dorocznym posiedzeniu Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych) - błyskawicznie rosnący tłum sprowokowały same władze, wycofując siły policyjne i pozostawiając ulice tybetańskich kwartałów demonstrantom, którzy ruszyli nimi, niszcząc wszystkie symbole i ślady chińskiej obecności na Dachu Świata - flagi, biura, sklepy, hale targowe, restauracje, samochody, skutery - obrzucając kamieniami chińskich przechodniów i polując na wszechobecnych tajniaków. Tybetańscy sklepikarze ratowali swój dobytek, zawiązując na drzwiach khataki, tradycyjne białe szarfy. Wedle rządowych mediów w podpalanych budynkach zginęło dziesięć osób. Po południu władze ogłosiły całodobową godzinę policyjną, a wieczorem wyprowadziły na ulice wozy pancerne, paramilitarną wujing oraz wojsko - w tym elitarne oddziały AL-W, stacjonujące na co dzień w odległym o ponad 1250 kilometrów Chengdu, stolicy Sichuanu. Żołnierze tłumili zamieszki, używając ostrej amunicji i zabijając, według różnych źródeł, od kilkudziesięciu do stu osób. Dane te trudno zweryfikować, ponieważ z Lhasy i innych protestujących regionów Tybetu zaczęto natychmiast usuwać wszystkich cudzoziemców, a masowym rewizjom - oraz polowaniu na podejrzanych, byłych więźniów politycznych i nieposiadających lhaskiego meldunku - towarzyszyło nieodmiennie konfiskowanie telefonów komórkowych. Tego dnia do wielotysięcznych demonstracji i starć z policją doszło również między innymi w Labrangu (chiń. Xiahe), w prowincji Gansu oraz w Kardze, w Sichuanie - czyli we wszystkich trzech tradycyjnych prowincjach Tybetu, co nie zdarzyło się nawet w czasie powstania w latach pięćdziesiątych. Wszędzie powiewano zakazanymi flagami, wznoszono niepodległościowe hasła (choć bywało, że demonstranci, jak gdyby chcieli podkreślić wierność obowiązującym przepisom, mówili tylko o autonomii) i żądano powrotu Dalajlamy, który wezwał Chińczyków i swoich rodaków do niestosowania przemocy oraz zwrócił się o mediację wyjątkowo oszczędnej w swych apelach o „powściągliwość" i dialog społeczności międzynarodowej.

 

Wojsko przywróciło spokój w stolicy - ale nie na jej długo jeszcze wstrząsanych protestami rubieżach - 15 marca, a policja wróciła do skompromitowanej przed dwudziestu laty strategii „obrotowych drzwi", dokonując setek przypadkowych zatrzymań połączonych z okrutnym biciem i torturami. Ponieważ zabrakło miejsc w instytucjach izolacyjnych, Tybetańczyków przetrzymywano w halach i magazynach. Ogłoszono też dwudniowe ultimatum dla uczestników rozruchów, nakazując im oddać się w ręce służb bezpieczeństwa. Blokada informacyjna była już tak szczelna, że doniesienia o kolejnych protestach - na przykład w Kanlho (chiń. Gannan), w Gansu, w Dału (chiń. Daofu), w Sichuanie oraz, krwawo stłumionym, w Labrangu - przekazywała niemal wyłącznie Oser (chiń. Weise), mieszkająca w Pekinie najsłynniejsza poetka Tybetu.

 

Następnego dnia, wracając do języka rewolucji kulturalnej, Pekin ogłosił „wojnę ludową z wpływami kliki dalaja", a przez Amdo i Kham przetoczyła się fala masowych demonstracji: najwięcej ofiar, od kilkunastu do 30, było w okręgu Ngaba (chiń. Aba) prowincji Sichuan.

 

Doniesienia o blisko stu pięćdziesięciu bliźniaczo podobnych protestach - marszach duchownych i świeckich z zakazanymi flagami i portretami Dalajlamy, obrzucaniu kamieniami budynków rządowych, zrywaniu chińskich sztandarów, strzelaniu na oślep do demonstrantów, brutalnym biciu, drastycznych środkach prewencyjnych, listach gończych, masowych zatrzymaniach, setkach „zaginionych", torturach, samobójstwach, głodzie w otoczonych kordonami świątyniach czy dzielnicach, odbieraniu krewnym zwłok zabitych, czystkach urzędników tybetańskich, odwetowych kampaniach reedukacyjnych oraz dyskryminacji i nękaniu przez Hanów - napływały z całego etnicznego Tybetu (a nawet szkół w Chinach właściwych, gdzie demonstrowali tybetańscy uczniowie) nieprzerwanie, dzień po dniu, do połowy kwietnia. Ostatnie, najbardziej rozpaczliwe manifestacje, były już tylko jednoosobowe, niemniej strzelano i do samotnych mniszek w Kardze. Władze chińskie nie tylko nie wyciągnęły jedynego racjonalnego wniosku - konieczności uznania apeli Dalajlamy o faktyczną autonomię i zuniformizowaną administrację dla wszystkich ziem tybetańskich tudzież rewizji polityki „chwytania oburącz", której owoce właśnie zbierały - lecz wciąż nakręcały spiralę represji: w najbardziej niespokojnych regionach liczba żołnierzy i funkcjonariuszy policji zrównała się niemal z wielkością populacji tybetańskiej. Co więcej, machina propagandowa, posługując się zdjęciami z „incydentu 14 marca", fabrykując absurdalne doniesienia o konfiskowaniu broni (czytaj: przedmiotów rytualnych lub wotów skruszonych kłusowników) w klasztorach buddyjskich czy celebrując oburzenie protestami na trasie konwojowanego przez świat niczym groźny bandyta znicza olimpijskiego, konsekwentnie podsycała antytybetańskie nastroje Hanów i ksenofobię fenqing, „młodych gniewnych" nacjonalistów, nawołujących do krwawej rozprawy z „niewdzięcznymi barbarzyńcami". Z drugiej strony, szowinistyczna nagonka skłoniła bardzo wielu chińskich dysydentów i intelektualistów do zabrania głosu w obronie Tybetańczyków oraz umiarkowanych postulatów ich przywódcy (kilkudziesięciu adwokatom, którzy zadeklarowali gotowość reprezentowania oskarżonych, grożono utratą odnawianych co rok licencji).

 

Według podających sprzeczne dane chińskich mediów zatrzymano ponad sześć tysięcy Tybetańczyków (przy około 130 znanych więźniach politycznych w 2007 roku). Władze oficjalnie przyznały się do tylko jednej tybetańskiej ofiary (diaspora informowała o ponad dwustu): zastrzelonego pod koniec kwietnia „powstańca", który miał wcześniej zabić oficera policji w Darlagu (chiń. Dari), w Gologu (chiń. Guoluo). Setki mnichów lhaskich klasztorów potajemnie wywieziono do ośrodków internowania w Qinghai. Do końca igrzysk olimpijskich Tybet pozostał gigantycznym więzieniem, które można było opuścić jedynie na podstawie spec-przepustki (bez żadnej zresztą gwarancji znalezienia miejsca w hotelu w Chinach właściwych, gdzie formalnie zakazano meldowania Tybetańczyków i Ujgurów). Sieć legitymujących co krok blokad, posterunków i patroli zaciśnięto tak ciasno, że po marcu z kraju udało się wydostać ledwie garstce uchodźców. Nad wieloma wschodnimi regionami unosiło się widmo głodu, gdyż w porze zasiewów pola leżały odłogiem, ponieważ większość chłopów uciekła przed prześladowaniami w góry lub do lasów.

 

Pierwsze wyroki za udział w lhaskich protestach zapadły już pod koniec kwietnia: 17 Tybetańczyków skazano wtedy na kary od trzech lat do dożywotniego więzienia. Wszystko wskazuje na to, że jak zawsze w takich okolicznościach, oskarżonym odmówiono prawa do uczciwego procesu i skutecznej obrony. Tradycyjnie też władze chińskie bardzo powściągliwie informowały o jakichkolwiek szczegółach, takich jak choćby dane skazanych - jeden z nielicznych wyjątków, najprawdopodobniej w celu zastraszenia potencjalnych naśladowców, zrobiono w listopadzie dla Łangdu (dożywocie) i sześciu innych pracowników organizacji pozarządowych, których ukarano wyłącznie za „przekazywanie informacji", między innymi „klice dalaja".

 

W najbardziej dramatycznym roku ostatnich trzech dekad - w którym „wolny świat" miał dla Tybetańczyków wyłącznie zwyczajowe, symboliczne apele, czyli puste gesty, prawdopodobnie upewniające tylko przywódców w Pekinie o słuszności i opłacalności polityki twardej ręki - wysłannicy Dalajlamy spotykali się z przedstawicielami władz chińskich trzykrotnie. W maju, w trybie nadzwyczajnym, mówiono o kryzysie (bez żadnych wymiernych rezultatów), umawiając się jednak na kontynuowanie formalnych kontaktów. W lipcu, podczas siódmej rundy rozmów, Tybetańczycy oświadczyli, że „bez poważnego i szczerego oddania drugiej strony kontynuowanie procesu dialogu niczemu nie służy", ale też zostali poproszeni o przedstawienie na piśmie swoich postulatów, co uczynili w listopadzie. Władze chińskie kategorycznie odrzuciły ich „Memorandum w sprawie autonomii narodu tybetańskiego" - składające się wyłącznie z odwołań do postanowień konstytucji ChRL i odpowiednich ustaw - jako próbę uzyskania „niepodległości" czy „półniepodległości". Zapowiadający pełne wycofanie się z życia politycznego Dalajlama, który uznał dialog za martwy, w trybie konstytucyjnym zwołał Nadzwyczajne Zgromadzenie elit diaspory, oddając głos najwyższemu suwerenowi. Delegaci, którym przekazano także tysiące opinii z samego Tybetu, opowiedzieli się w listopadzie za kontynuacją polityki Drogi Środka i niezmiennym przewodnictwem Dalajlamy.

 

Przyszłość nie wróży jednak dobrze: przed rokiem newralgicznych, okrągłych rocznic - choćby proklamowania ChRL, narodowego powstania i stanu wojennego w Tybecie, masakry w Pekinie czy Nobla Dalajlamy - władze chińskie trwają przy polityce twardej ręki, czy raczej „obu rąk", odpowiedzialnych obok ścisłej kontroli policyjnej za napędzany rządowymi subwencjami szybki rozwój gospodarczy, i zapowiadają budowę nowych linii kolejowych oraz kontynuację urbanizacji (według oficjalnych danych w 2008 roku do „murowanych domów" przesiedlono kolejne 312 tysięcy chłopów i koczowników z TRA), co jak do tej pory pogłębiało tylko - stojące za tegorocznymi protestami - marginalizację i rozgoryczenie rdzennej ludności Tybetu.



Polska



W lutym w Sejmie VI kadencji zarejestrowano kolejny Zespół do spraw Tybetu, na czele którego stanęła ponownie posłanka Beata Bublewicz.

 

W czasie wiosennego kryzysu, podobnie jak w innych państwach demokratycznych, apele o przywrócenie spokoju w Tybecie i protesty przeciwko brutalnym represjom władz chińskich wystosowali między innymi członkowie Zespołu, prezydent RP i MSZ, a marszałek senatu Bogdan Borusewicz na znak solidarności zaprosił do Polski Dalajlamę. Do trzeciej wizyty owacyjnie witanego przywódcy Tybetańczyków doszło w grudniu: w czasie obchodów rocznicy przyznania Lechowi Wałęsie Pokojowej Nagrody Nobla Jego Świątobliwość spotkał się z premierem Donaldem Tuskiem i prezydentem Nicolasem Sarkozym, w Krakowie odebrał doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, a we Wrocławiu honorowe obywatelstwo miasta. W Warszawie przyjęli go marszałkowie obu izb, władze stolicy oraz - co podkreślano, prywatnie - prezydent Lech Kaczyński.

 

Wszystkie te gesty były wymowne i potrzebne, niemniej nie szły za nimi żadne działania na płaszczyźnie wykonawczej, które mogłyby skłonić przywódców ChRL do zmiany polityki w Tybecie. Gorzej, na przykład premier, który nie wziął udziału w ceremonii otwarcia pekińskich igrzysk, przekreślił ten gest w czasie późniejszej wizyty w Chinach, wygłaszając tam zdumiewającą pochwałę podwójnych standardów praw człowieka.

 

Unia Europejska, wyprzedzając USA, jest największym partnerem ChRL. W sytuacji, w której poszczególne państwa europejskie nie potrafią lub nie chcą zdobyć się na prowadzenie dalekowzrocznej, konstruktywnej polityki wobec Chin, która wzmacniałaby obóz reformatorski, a nie partyjnych twardogłowych, najlepszym rozwiązaniem byłoby powołanie, wzorem administracji Stanów Zjednoczonych, Specjalnego Koordynatora do spraw Tybetu przy Radzie Europejskiej. O tym, jak nieskuteczna i nieopłacalna jest polityka ugłaskiwania przywódców KPCh, najlepiej świadczy przykład prezydenta Francji, który zapłacił - bezprecedensowym - zerwaniem szczytu UE-Chiny za roczne kluczenie w sprawie obecności na igrzyskach oraz próby przypodobania się to własnej opinii publicznej, to znów Pekinowi.