Tybet w kleszczach
strona główna

International Campaign for Tibet

23-03-2008

 

Tybet w kleszczach

 

W ciągu ostatnich dwóch dni we wschodnim Tybecie dochodziło do nowych protestów, choć władze chińskie ściągają do regionu kolejne oddziały wojskowe. W Chengdu, stolicy Sichuanu, służby bezpieczeństwa obstawiły tybetański kwartał miasta tuż po wybuchu niepokojów w Lhasie. Naoczni świadkowie mówią o długich konwojach ciężarówek z uzbrojonymi żołnierzami, zmierzającymi do regionów, w których, jak w okręgu Maczu (chiń. Maqu) prowincji Gansu, dochodziło do protestów. „Dwa źródła w Maczu potwierdzają, że posiłki już tam są. Konwój długi na półtora kilometra. Zajmują regiony wiejskie, żeby wyłapać inicjatorów protestów". 19 marca dziennikarze BBC widzieli na szosie ponad 400 wojskowych pojazdów - to największa mobilizacja chińskich sił od czasu kryzysu w Lhasie.

 

Naoczni świadkowie w Chengdu twierdzą, że tybetański kwartał miasta został odcięty przez siły chińskie - pojazdy policyjne z zapalonymi światłami blokują obie strony ulic, patrolowanych przez uzbrojonych funkcjonariuszy. Nikt nie może wejść ani opuścić tybetańskiej dzielnicy.

 

Według niezależnych analityków oddziały, który wkroczyły do Lhasy i innych stawiających opór regionów Tybetu, na co dzień stacjonują w Chengdu i podlegają grupie szybkiego reagowania 13 armii oraz 52 Górskiej Brygadzie Piechoty Regionu Xizang. Mark Zavadskiy z Kanwa Defense Review twierdzi, że to „najlepiej wyszkolone i najgroźniejsze siły szybkiego reagowania w południowo-zachodnich Chinach".

 

Oddziały te skierowano do wielu regionów tybetańskiego Khamu - najczęściej z zadaniem odcięcia od świata klasztorów. I tak 21 marca siły chińskie otoczyły świątynię Tarthang w okręgu Czenca (chiń. Jianza) prowincji Qinghai, nakazując mnichom wydać do północy organizatorów wcześniejszych protestów. Według tego samego źródła następnego dnia dokonano wielu aresztowań, a duchowni ogłosili strajk głodowy.

 

„Protesty budzą demony przeszłości - mówi źródło ICT. - Wracają dawne cierpienia, za które odpowiada rząd Chin. Wielu Tybetańczyków straciło życie, siedziało w więzieniach, zaginęło. Teraz i dawniej. Z powodu całej tej przemocy, zajęcia przez armię Lhasy oraz wszystkich tych miast i wiosek, mówi się tylko o wolności. Nie ma mowy o żadnej swobodzie, nawet o wyjściu po jedzenie do sklepu. W całym Tybecie ludzie zapalają maślane lampki w intencji zabitych. Nasz kraj płacze".

 

W Pekinie władze chińskie walczą o wizerunek w oczach świata. 20 marca, w ciągu kilku minut, rządowa agencja Xinhua wydała dwa komunikaty: wedle pierwszego w prefekturze Ngaba (chiń. Aba) prowincji Sichuan zastrzelono czterech „uczestników zamieszek", podczas gdy według drugiego zostali oni tylko ranni. Oba stwierdzały zgodnie, że policja strzelała w obronie własnej. Wcześniej źródła tybetańskie opublikowały zdjęcia - co najmniej ośmiu - zastrzelonych demonstrantów, których zwłoki przeniesiono do lokalnego klasztoru Kirti.

 

Sprzeczne informacje podają też źródła w Lhasie i Pekinie. Według bloga pekińskiego komentatora, 15 marca agencji Xinhua kazano informować, że „policja została zmuszona do użycia gazu łzawiącego i oddania w powietrze strzałów ostrzegawczych". Tego samego dnia gubernator Tybetańskiego Regionu Autonomicznego Dziampa Phuncog powiedział dziennikarzom, że „Nikt nie strzelał", zachęcając „zachodnich krytyków" do „odwiedzenia Tybetu i obejrzenia zmian na własne oczy". W tym samym czasie z Lhasy usunięto wszystkich zachodnich turystów i dziennikarzy, dla których zamknięty jest dziś cały region.

 

Od pięciu dni rządowe media publikują zdjęcia z rozruchów, plądrowania i palenia chińskich sklepów, podsycając wrogie reakcje widzów. Tybetańscy mieszkańcy Lhasy od kilku dni żyją w strachu nie tylko przed policją, ale i chińską populacją miasta. „Tybetańczycy, z którymi rozmawiałem - mówi świadek, który opuścił właśnie Lhasę - są tak samo wzburzeni aktami przemocy, jak Hanowie i chińscy muzułmanie".

 

Według różnych źródeł w wielu miastach Chin - Pekinie, Guangzhou, Chengdu a nawet Singapurze - Tybetańczycy są atakowani (choćby obrażani i opluwani) przez Chińczyków. „Słyszę - mówi ICT jedno z nich - że mnisi mają ciężko. W niektórych szpitalach odmawiają udzielania pomocy [rannym]. Restauratorzy wyrzucają za drzwi. Są tacy, którzy zdejmują szaty, żeby mieć spokój".

 

„Na początku, to znaczy od 10 do 13 marca - powiedział ICT akademik, który wybrawszy wygnanie, monitoruje chiński internet - w oficjalnych chińskich mediach panowała zupełna cisza. Następnego dnia zaczęli pokazywać obrazy Tybetańczyków, niszczących sklepy, bijących Chińczyków i tak dalej, jednocześnie zacieśniając kontrolę (blokadę) nad wszystkimi innymi materiałami na temat Tybetu. Wielu Chińczyków zostawiało agresywne wpisy na listach dyskusyjnych. Tybetańczyków zredukowano do bandytów plądrujących mienie i atakujących niewinnych Hanów, podsycając w ten sposób nacjonalizm i przesłaniając fakt, że większość protestów miała charakter pokojowy. Władze ChRL interesuje tylko reakcja Chińczyków. We współczesnych Chinach jest tyle problemów, związanych z gospodarką, bezrobociem, środowiskiem naturalnym, prawami człowieka itd., że rząd nie chce ryzykować otwarcia puszki Pandory z protestami".