Qincheng
strona główna

Teksty. Z perspektywy Chińczyków

 

Qincheng
Bastylia XX wieku

Wei Jingsheng

O istnieniu więzienia Qincheng wie bardzo niewiele osób: byli więźniowie, ich rodziny i bliscy przyjaciele. Podlega ono Wydziałowi V ministerstwa bezpieczeństwa publicznego i jest zarządzane przez jego funkcjonariuszy. Zwykli policjanci nie wiedzą o Qincheng nic. Strażników dobiera się bardzo starannie. Jednym z głównych kryteriów jest wiek: byli więźniowie utrzymują, że nigdy nie widzieli strażników starszych niż dwudziestoletni.

Więźniowie podzieleni są na cztery grupy; podstawą podziału jest koszt przysługującego im pożywienia: osiem, piętnaście, dwadzieścia pięć lub czterdzieści yuanów miesięcznie. Skorumpowanie personelu i samej instytucji sprawia jednak, że więźniowie praktycznie nigdy nie otrzymują przysługujących im racji. I tak osoby, które powinny otrzymywać 17,5 kg żywności miesięcznie, z reguły nie dostają nawet połowy racji. Choć w więzieniu brak odpowiednich magazynów, zawsze zakupuje się cały przydział. Strażnicy karmią racjami więźniów świnie, które następnie sprzedają.

Strażnicy Qincheng stworzyli swoisty system kar, związany z żywnością. Najpospolitszą karą jest pozbawienie racji. Z reguły strażnicy głodzą więźnia przez pewien czas, a potem, “w nagrodę”, przynoszą mu miskę bardzo tłustego makaronu. Większość odchorowuje taki posiłek i, tym razem z powodów “naturalnych”, nie je przez kilka następnych dni.

Każdy więzień zajmuje pojedynczą celę o wymiarach jednego metra na trzy metry. Jest w niej miednica z wodą, kibel i kojo z cienkim kocem. Czarny więzienny uniform wymienia się co sześć miesięcy.

Niektórym więźniom przysługują specjalne przywileje - mają, na przykład, prawo do studiowania klasyków marksizmu-leninizmu lub czytania “Dziennika Ludowego”. Więźniowie uznawani za “współpracujących” mogą uzyskać zezwolenie na wyplatanie lin lub słomianych kapeluszy (za tę pracę nie otrzymują jednak żadnego wynagrodzenia) albo na uprawianie ćwiczeń. Ci, którzy robią złe wrażenie na personelu, są karani na wiele sposobów, między innymi zakazem uprawiania ćwiczeń. Nie wolno im nie tylko spacerować, ale i poruszać się po celi. Zdarza się, że takie “restrykcje” trwają nawet pół roku. Były dyrektor Instytutu Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, który był zastępcą szefa sztabu w czasie wojny koreańskiej, spędził bez ruchu sześć miesięcy; potem nie mógł już chodzić.

Do pawilonów przylega spacerniak o powierzchni około stu metrów kwadratowych - rząd placyków, przypominających pola ryżowe z południowych Chin. Więźniowie zadeptali trawę, jest więc właściwie krętą, piaszczystą ścieżką. Niegdyś placyki rozdzielały bambusowe płoty, które pod koniec lat 60. zastąpiono wysoką ceglaną ścianą między dwoma rzędami spacerniaków.

Życiem więźniów rządzą dziesiątki irracjonalnych przepisów. Muszą, na przykład, spać twarzami do drzwi. Każdy, kto się obróci, jest budzony - jeśli trzeba, wielokrotnie - dopóki nie nauczy się spać twarzą do wizjera. Pewien Tybetańczyk, który spał przez ponad dziesięć lat na jednym boku, nabawił się opuchlizny i infekcji ucha. Usiłował więc spać na drugim boku, ale bezustanne budzenie doprowadziło go z czasem do szaleństwa. Gdy w końcu rzucił się na wrzeszczących nań strażników, przyznano mu specjalny “przywilej” spania na drugim boku.

Warunki sanitarne są bardzo złe. Nie ma przydziałów mydła, niezależnie od pory roku przysługuje tylko jedna kąpiel w miesiącu. Garstkę uprzywilejowanych więźniów poddaje się co pół roku badaniom medycznym.

Trudno nie dostrzec ironii całej tej sytuacji. Więźniami Qincheng są najzdolniejsi ludzie, którzy wstąpili do partii komunistycznej, by walczyć o wolność i szczęście Chin i ludzkości. Lepszą część życia poświęcili budowaniu i umacnianiu dominującej roli partii. Ale Qincheng może pozbawić woli każdego. To miejsce nazwać można i lochem, i instytutem psychiatrycznym. Nawet byli więźniowie wrogów komunizmu padają tu ofiarą nowoczesnych technik niszczenia ciała i umysłu.

Zwykłe udręki codziennej wegetacji nie złamałyby stalowego ducha tych ludzi. Qincheng wyposażono więc w najnowocześniejsze narzędzia tortur. Byli więźniowie wspominają na przykład dziwne urządzenie, powodujące nieznośny ból głowy. Kiedy zaczynali tracić przytomność, ból nagle ustawał, by zaraz powrócić - póki nie przyznali się do winy lub śledczy nie doszli do wniosku, że nie dowiedzą się już od nich niczego. Stosuje się też mniej wyrafinowane, ale równie skuteczne metody - na przykład wystawienie więźnia na bardzo intensywne światło, które po kilku dniach może doprowadzić do obłędu.

Najpospolitszą torturą pozostaje zwykłe bicie. Kilku strażników wyciąga więźnia z celi, a potem bije go i kopie, póki nie straci on przytomności. Popularne jest też szprycowanie więźniów narkotykami. Podawanie tych środków usprawiedliwia się zawsze koniecznością leczenia “zaburzeń psychicznych”. Niektórych więźniów wysyła się na dalsze “leczenie” do szpitala. Jeden z takich “pacjentów” mówił mi, że po zażyciu lekarstwa mówił do siebie przez kilka dni bez przerwy. Naturalnie, monologi takie skrzętnie nagrywano i wykorzystywano później w śledztwie. Wśród placówek, które uczestniczą w tym procederze, jest szpital Fuxing, szpital nr 301 i szpital Anding. Byłych dostojników zamyka się w “klinikach dla najwyższych kadr”. Ośrodek Anding znajduje się w miasteczku Sesheng-men i nazywa Strefą nr 5. Rozmawiałem z człowiekiem, który podczas odwiedzin widział tam zwalistego mężczyznę w średnim wieku z głową pokrytą siatką blizn, który, z twarzą pozbawioną jakiegolwiek wyrazu, szedł powoli po prostej. W skręcaniu musiał pomagać mu strażnik - bez niego wpadał na ściany. Więźniom tym, którzy przez całe niemal życie walczyli z dyktaturą w imię wolności i sprawiedliwości, tortury odebrały zmysły. Nawet reżim nacjonalistyczny nie dopuszczał się takich podłości w latach 40.

W filmie “Zhuipu” czarny charakter zostaje w końcu ukarany. W Qincheng obowiązuje jednak inny scenariusz. Tu zbrodni dokonuje się na rozkaz rządu. Ta instytucja różni się od filmu również tym, że jest rzeczywista. Najwyżsi dostojnicy drżą na myśl, że pewnego dnia mogą zostać tu “zaproszeni”. Nieopodal cudzoziemcy beztrosko zwiedzają wielki mur - jednak w Chińczyku, przekraczającym bramy Qincheng, nie ma śladu beztroski. Przeciwnie, każdy trzęsie się ze strachu.

Strażnicy nie interesują się potrzebami więźniów, z których wielu, nie mogąc znieść takich warunków, próbuje odebrać sobie życie. Inni podejmują strajki głodowe. Tak robił na przykład Panczenlama. Oświadczył, że nie chce dłużej żyć i że jego szczątki należy “dostarczyć do Komitetu Centralnego partii”. Większość głodówek kończyła się mniej więcej po tygodniu brutalnym biciem. Więźniów wciska się też w specjalne gumowe kombinezony, które ograniczają swobodę ruchów i utrudniają oddychanie. Nazywa się je “kaftanami uspokajającymi”. Jeśli i to nie skutkuje, więźniów poi się siłą.

Przeciętny wyrok w Qincheng opiewa na ponad dziesięć lat. Strzępy informacji o tym przybytku zaczęły pojawiać się dopiero w latach 70., gdy doszło do pierwszych zwolnień w historii Qincheng. Przed zakończeniem rewolucji kulturalnej właściwie nie udzielano żadnych pozwoleń na odwiedziny. Krewni nie wiedzieli, gdzie są ich bliscy. Tożsamości więźniów nie znali nawet strażnicy - tu istniały tylko numery, a nie nazwiska. Rodzina, której nie udawało się uzyskać żadnych informacji z ministerstwa bezpieczeństwa publicznego, po pewnym czasie dochodziła do wniosku, że poszukiwany krewny zaginął bezpowrotnie. Więźniowie również nie wiedzieli nic o losach swoich bliskich, choć mogli się domyślać, że są oni prześladowani. Stan umysłu więźnia politycznego może sobie wyobrazić tylko ktoś, doświadczył takiego losu na własnej skórze.

Istota ludzka to więcej niż ciało i kości. Nawet ateiści i materialiści muszą przyznać, że istnieje coś takiego, jak duchowy wymiar osobowości człowieka. Co Qincheng robiło z umysłami więźniów? Jeden z nich mówił mi, że czasem, wiedziony rozpaczą, ryzykując, że zostanie surowo ukarany, zaczynał przeklinać strażników, by nawiązać z nimi coś na kształt rozmowy. Mówić wolno było jednak tylko podczas przesłuchań. Pewien człowiek, po dziesięciu latach izolacji, był tak oszołomiony, gdy wywołano wreszcie jego numer, że dosłownie odjęło mu mowę. Nawet ci, których nie poddawano długotrwałym fizycznym i psychicznym torturom, nie potrafią wrócić do normalnego życia. Znam ludzi o bardzo silnym charakterze, którzy - po spędzeniu dekady w izolatce - przez dwa lata mieli trudności z mówieniem.

Pozbawiony zewnętrznych bodźców, umysł działa jednak nadal. Człowiek, który wymyślił tę “terapię”, musiał dobrze wiedzieć, że uwięzionych prześladować będzie niepokój o bliskich i przyjaciół, a zwłaszcza o żonę i dzieci. Najlepszą metodą na złamania więźnia jest wytrącanie go z równowagi psychicznej. Nie mogąc uzyskać żadnych informacji o rodzinie, więzień bezustannie obawia się, że jego bliscy są prześladowani. Niemożność udzielenia im pomocy pcha go w otchłań szaleństwa. Wie, że przyczyną ich cierpień, jest jego “przestępstwo”.

Słuszność tezy, że “psychologia jest lepsza niż siła”, potwierdzają relacje więźniów, którym powtarzano: “Twoja żona wyszła ponownie za mąż i dobrze jej w nowym domu. Twój syn pogwałcił porządek socjalistyczny. Nie, nie został skazany. Wysłaliśmy go do obozu pracy na reedukację. Twoja piękna córka ma wielkie powodzenie. Pod jej drzwiami stoi kolejka chętnych. Syn ci choruje, ale rząd robi wszystko, żeby mu pomóc”. I tak dalej, i tak dalej. Z reguły później okazywało się, że wszystkie te historie nie miały nic wspólnego z rzeczywistością. Po co więc je opowiadano? Odpowiedzi szukać trzeba w niepokoju, jaki posiały... Krótko: strażnicy Qincheng robili dosłownie wszystko, by “wycisnąć ostatnią kroplę nadziei” z tych bezradnych dusz.

Po stuleciach krwawych zmagań proletariat wywalczył sobie wolność słowa, gromadzenia się, zrzeszania, religii, prawo do strajku. Dlaczego wszystkie te swobody zniknęły, gdy tylko władzę zdobyła tak zwana proletariacka partia komunistyczna? Dlaczego wszystkie “proletariackie” rządy ciemiężą masy i prześladują każdego, kto występuje w imieniu ludu? Powodem jest chore myślenie o samej władzy. Skoro demokracja i wolność są korzystne dla większości, to dlaczego robimy wszystko, by utrzymać dyktaturę? Czemu trzeba aresztować ludzi, którzy li tylko wyrażają swoje opinie? Qincheng stanowi najlepszy dowód na to, że nasz rząd nie jest rządem ludowym, gdyż pozbawił on lud wolności słowa. Tu torturuje się właśnie tych, którym leży na sercu los ludu, a oprawcami są ludu tego wrogowie. Tylko ci, którym brak poparcia mas, muszą preparować oskarżenia i posuwać się do stosowania tortur, by utrzymać dyktatorską władzę.

Musimy pozbyć się Qincheng raz na zawsze. Musimy raz na zawsze zlikwidować polityczne prześladowania i więzienia. Stawką nie jest los kilku pechowych ofiar, ale prawa polityczne i indywidualne wszystkich ludzi. Czy wierzysz, że każda jednostka ma prawo do wyrażania swojej opinii na temat polityki rządu? Jeśli tak, to musisz protestować przeciwko aresztowaniu tych, których uwięziono tylko dlatego, że dawali wyraz swoim poglądom politycznym. Jeżeli nie wierzysz, że ludzie mają prawo do wyrażania swych opinii, to jak możesz twierdzić, że masz prawo do czegokolwiek? Właściwie możesz mieć absolutną rację, tylko co z nią zrobić?

Możemy zapytać byłych dostojników, którzy opuszczają dziś mury Qincheng: Czy gwałcenie przez was praw innych ludzi pomogło wam jakoś w dochodzeniu waszych własnych praw? Czy kiedy rzucacie hasło do kampanii prześladowań, zdajecie sobie sprawę, że możecie sami paść ich ofiarą? Masy rozumieją, że tylko eliminując możliwość uwięzienia na tle politycznym i politycznych prześladowań, zapewnimy wolność słowa. Na straży praw ludu nie może stać dyktatura, która pozbawia ludzi ich praw. Jedynym wyjściem jest wzajemna ochrona praw wszystkich ludzi.

Marzec 1979 roku