Etos ofiary
strona główna

Teksty. Z perspektywy Tybetańczyków

 

Etos ofiary

Dziamjang Norbu

 

Od Strefy Gazy po Dharamsalę krótkowzroczni czepiają się etosu ofiary jako skutecznego oręża słabszych w walce z silniejszymi. Odmienne kultury robią to, ma się rozumieć, na swój sposób. Abstrahując od militarnych czy politycznych kalkulacji zamachowców-samobójców, trudno nie dostrzec w ich działaniach fundamentalnego „szantażu emocjonalnego" poświęcenia „bezinteresownego mściciela". Hamas wciąż odpala rakiety w kierunku Izraela, nie osiągając w ten sposób żadnych celów wojskowych i, co najwyżej, zabijając jednego lub dwóch cywili. Reakcje Izraela są natomiast zupełnie inne - ostatnia kosztowała życie około dwustu Palestyńczyków. Czasem trudno oprzeć się wrażeniu, że Hamas chce właśnie tego, by pokazać światu (i przypomnieć sobie), jak okrutny jest Izrael i jak bardzo cierpią Palestyńczycy.

 

Po drugiej stronie spektrum tybetańscy przywódcy wykreowali kult ofiary jako „współczującego rozgrzeszyciela", ilustrowany historiami Tybetańczyków, którzy przez lata medytują w chińskich więzieniach i wybaczają swoim oprawcom lub, osiągnąwszy głębię urzeczywistnienia, odrzucają kretyńskie zachodnie idee państwa narodowego i suwerenności politycznej, pochylając się wyłącznie nad duchowymi potrzebami najeźdźców. Nadęta poza moralnej wyższości stanowi psychologiczną laskę, na której ofiara może się oprzeć, godząc się z losem i rezygnując z prób zmieniania swojej kultury politycznej i tradycyjnych postaw, co mogłoby ją faktycznie upodmiotowić oraz dać szansę na uzyskanie jakichkolwiek wymiernych rezultatów.

 

Tybetańscy przywódcy traktują mentalność ofiary nie jako problem, który należy rozwiązać, lecz tożsamość godną pielęgnowania, i bez żenady nazywają naszą diasporę „społecznością uchodźczą, której wiedzie się najlepiej". Lhasang Cering, były przewodniczący Tybetańskiego Kongresu Młodzieży (TYC), jako jeden z niewielu Tybetańczyków miał odwagę powiedzieć publicznie, że to nie powód do dumy, a wstydu.

 

Palestyńczycy uparcie odgrywają swój daremny spektakl etosu ofiary: ponure kondukty pogrzebowe, zawodzące kobiety w czerni, woskowe twarze męczenników w otwartych trumnach. Widzieliście te zdjęcia w gazetach w latach sześćdziesiątych i, prawdę mówiąc, spodziewacie się je nadal oglądać w telewizji. Po pół wieku szumnych frazesów o negocjacjach, Drodze Środka, światowym pokoju i demokracji tybetańscy przywódcy także nie potrafią wyrosnąć ze starego kostiumu i wciąż żywią nadzieję, że coś, jakoś da się załatwić z Pekinem - ich czojon dzindak czenpo, cesarskim patronem - jeśli wykonamy jeszcze jeden kou tou (tym razem składając pokłon wyjątkowo nisko i służalczo), dodając do niego tylko jedno (póki co) ustępstwo. Plus ça change, plus c'est la même chose.

 

 

 

 

 

Dziamjang Norbu, współzałożyciel Amnye Machen Institute i Tybetańskiego Kongresu Młodzieży (TYC), jest emigracyjnym historykiem, pisarzem i jednym z najbardziej znanych tybetańskich intelektualistów; odrzuca ideę „prawdziwej autonomii" i opowiada się za „rangzen": pełną niepodległością Tybetu.